Pomoc zamiast kwiatów

Dzisiaj normą staje się proszenie gości weselnych o konkretne prezenty zamiast tradycyjnych kwiatów. W finezyjnych wierszykach najczęściej prosimy o wino, książki i kupony totolotka. Para młoda może jednak wykorzystać ten wyjątkowy moment by pomóc tym najbardziej potrzebującym.

Jeżeli właśnie planujecie własny ślub, pomyślcie, być może chcielibyście podzielić się Waszym szczęściem z innymi. Istnieje sporo inicjatyw różnych fundacji, które pomagają takie zbiórki przeprowadzać. Przygotowałam dla Was listę akcji, które szczerze polecam 🙂

Ślub pełen miłości

Organizatorem jest Stowarzyszenie WIOSNA. Celem jest zbiórka pieniędzy na Szlachetną Paczkę pomagającą rodzinom w potrzebie lub Akademię Przyszłości wspierającą dzieci z trudnościami w szkole i niskim poczuciem własnej wartości. W Szlachetnej Paczce brałam udział cztery razy jako wolontariusz i mogę z czystym sumieniem zapewnić, że te pieniądze nie idą na marne 😉 Więcej o tym pisałam TUTAJ. Para zgłaszająca swój udział otrzymuje specjalnie zaprojektowaną skarbonkę i bileciki, które może dołożyć do zaproszeń.

Pielucha dla malucha

Akcja stworzona przez Bractwo Małych Stópek. Pomaga mamom w trudnej sytuacji, które rozważały aborcję, jednak ostatecznie jej nie dokonały. Państwo młodzi chcący przeprowadzić zbiórkę pieluszek jednorazowych otrzymują od fundacji wizytówki, które mogą dołączyć do zaproszeń. Pieluchy są później odbierane na koszt fundacji.

Zakochani w Kasisi

Fundacja Kasisi, założona przez Szymona Hołownię, prowadzi zbiórkę na Dom Dziecka, który prowadzi w Zambii. Przyłączając się do zbiórki dostajecie m.in. specjalną skarbonkę, bileciki do zaproszeń i balony z logo fundacji. Po weselu, kiedy prześlecie kilka pamiątkowych zdjęć otrzymacie również spersonalizowany filmik z podziękowaniem.

Fundacja Gajusz

Fundacja Gajusz prowadzi m.in. hospicjum dla dzieci i ośrodek preadopcyjny Tuli Luli. W Tuli Luli dzieci porzucone tuż po narodzeniu otrzymują masę ciepła, miłości, i przytulania 🙂 Pieniądze ze ślubnej zbiórki są przeznaczane na zakup leków, potrzebnego sprzętu oraz opiekę personelu medycznego i psychologicznego. Fundacja przygotowała da chętnych nowożeńców skarbonki, a przy zbieraniu pieniędzy może Wam towarzyszyć wolontariusz.

To tyle propozycji ode mnie. Oczywiście decyzja należy do Was, cokolwiek wybierzecie na pewno nie będziecie żałować 🙂

Czy istnieje życie po porodzie?

Cześć! Dawno mnie tu nie było 🙂 To za sprawą huraganu Urszula, który 20 grudnia wszedł w nasze życie. Wszedł i zrobił ostry zamęt 🙂 Poród, tak jak to zwykle bywa za pierwszym razem, był długi i ciężki. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że będę w stanie wytrzymać tak wielką mieszaninę bólu, stresu i zmęczenia. W ogromnej mierze pomogła mi wtedy obecność mojego męża. Jeżeli zastanawiacie się, czy to dobry pomysł, żeby mężczyzna był przy porodzie to oboje szczerze to polecamy.

Mam więc apel do panów: Panowie! Owszem, może być to dla Was bardzo trudnym przeżyciem, ale zamiast martwić się o swój komfort psychiczny, pomyślcie jak podczas porodu czuje się kobieta! Jeżeli żona tego oczekuje to Waszym obowiązkiem jest stanąć na wysokości zadania, być obecnym i ją wspierać. Poza tym, wspólne przeżycie narodzin dziecka niesamowicie jednoczy. (Choć nie wiem jak w przypadkach, gdy kobiety wyładowują swoj ból na mężczynach; osobiście polecam podtlenek azotu – tylu pochwał i różnych farmazonów mój ukochany dawno nie słyszał i ogólnie nieźle się usmiał :)) Pytałam po porodzie męża o jego odczucia. Z męskiego punktu widzenia najgorsza jest podczas porodu bezsilność. Patrzysz jak Twoja żona się męczy, masz ochotę pozabijać cały personel, ale nie możesz nic zrobić. Mimo to Mateusz nie wyobraża sobie, żeby mogło go tam nie być. Jeżeli chodzi o jego podejście do mnie zmieniło się tylko i wyłącznie na plus 🙂

Kolejna sugestia z mojej strony: Kiedy będziecie świętować swoje urodziny, pomyślcie w tym dniu o swoich mamach. O tym ile przeszły by was urodzić i wychować, choć żadne z nas do końca nie zdaje sobie z tego sprawy, bo nigdy na nic się nie skarżyły i niczego nie wypominały. Podziękujcie im za to! Mamo, 10 maja dostaniesz ode mnie kwiaty 🙂

Życie się skończyło?

Tak jak pisałam we wpisie o ciąży – do pytania “czy nie za wcześnie na dziecko?” już się przyzwyczailiśmy. Jesteśmy rodzicami dopiero od nieco ponad miesiąca, wiele trudności i problemów wciąż jeszcze przed nami, ale na ten moment mogę spokojnie odpowiedzieć: jest super! Pomimo wszystkich nieprzespanych nocy, bólu, łez, zmęczenia. Pomimo tego, że często nie mamy pojęcia dlaczego ona właściwie płacze i o co jej chodzi i w sumie to mogłaby już przestać i na przykład zasnąć. Dzięki Bogu, Ula jest zdrowa, śliczna i kochana (zwłaszcza kiedy śpi). Jest też niesamowicie inspirująca – nie wiedziałam, że potrafię wymyślić tyle piosenek o mleczku, spaniu i dziecięcej kupie.

A tak poza tym życie toczy się dalej. Z niektórych rzeczy musieliśmy zrezygnować, ale zyskaliśmy za to inne. Ula nie przeszkodziła nam w utrzymywaniu kontaktów towarzyskich, wręcz przeciwnie – przyciąga do domu kolejnych gości. Nie musimy rezygnować ze studiów i swoich pasji.  Mamy też milion pomysłów gdzie pojedziemy i co będziemy chcieli pokazać Uli, kiedy zacznie bardziej kumać. A teraz spacerujemy, tańczymy, śpiewamy i po prostu dobrze się razem bawimy 🙂

A zatem na koniec dobra wiadomość: Życie po porodzie istnieje! Sprawdziłam na własnej skórze! 🙂

Pierścionek od kluczy, drugi-pierwszy taniec i pozycja boczna ustalona… czyli nasz ślub bez pieniędzy

Często główną przyczyną, która powstrzymuje pary przed zawarciem małżeństwa jest brak pieniędzy na organizację ślubu i wesela. Sami wzięliśmy ślub w wieku 21 lat. Pracowaliśmy na śmieciówkach bez jakichś lepszych perspektyw finansowych, ja studiowałam zaocznie, wynajmowaliśmy pokoje na stancjach, a u Mateusza były pluskwy. Od momentu, kiedy oświadczył mi się kółkiem od kluczy do naszego ślubu minęło niecałe 9 miesięcy. Powiedzieliśmy Bogu: „Chcemy być razem, ale nie mamy pieniędzy, pomóż!”.

W pierwotnym zamyśle miała być tylko Msza i obiad z rodzicami i rodzeństwem. Ostatecznie jednak nasi rodzice postanowili wesprzeć nas finansowo i dzięki temu mogliśmy zorganizować coś większego. Tak czy inaczej, dzięki wsparciu naszych bliskich udało nam się po pierwsze uczynić tę uroczystość  naprawdę wyjątkową, a po drugie sporo zaoszczędzić 🙂 A zadziało się tak:

Moja babcia sprezentowała nam obrączki. To niesamowite, że nosimy teraz symbol nie tylko naszego małżeństwa, ale też małżeństwa naszych dziadków, które zgodnie z przysięgą trwało aż do śmierci. Babcia zrobiła dla mnie również najpiękniejszy na świecie wianek. Powstał dzień przed ślubem i żeby kwiatki nie zwiędły schowaliśmy go do lodówki. Pachniał trochę kiełbasą, ale co tam. Przygotowała też moją wiązankę, podwiązkę i bukiety na stoły, także ogólnie babcia jest super! 🙂

Znajomy Mateusza zaprojektował nam zaproszenia za butelkę rumu, którą ostatecznie sami wypiliśmy. No jakoś tak wyszło…

Moja sukienka miała być z sieciówki, ale mama skutecznie wybiła mi to z głowy. Do wypożyczenia dorzuciła się moja chrzestna i jakoś poszło 🙂 Makijaż i fryzurę fachowo zrobiły mi, już nie pierwszy raz, siostry Mateusza. Co tu dużo mówić, dobrze się wżeniłam 🙂

O zrobienie zdjęć poprosiłam moją koleżankę. Zawsze zachwycały mnie jej zdjęcia z podróży i stwierdziłam, że na pewno świetnie sobie poradzi, mimo że to był chyba pierwszy ślub, który fotografowała. Wrzucam kilka zdjęć, więc oceńcie sami, ale według mnie wyszło genialnie!

Znajomy ksiądz,który nam pobłogosławił nie chciał nawet słyszeć o żadnej kopercie. W trakcie spotkania, na którym ustalaliśmy szczegóły pokazał nam ornat z afrykańskimi wzorami, który dostał od znajomego misjonarza. Zażartowaliśmy, że może niech założy go na ślub…

Pod kościołem przywitała nas kapela ludowa, w której kiedyś udzielał się Mateusz. Mój tata jest organistą, więc oprawę muzyczną mszy też mieliśmy załatwioną. Trochę Go poniosło na zakończenie, no ale wiecie jak to jest…Wydrukowaliśmy też teksty pieśni i czytań, żeby wszyscy mogli się aktywnie włączyć.

Po ślubie zrobiliśmy mini-wesele dla najbliższej rodziny. Muzykę załatwił nasz świadek. Co prawda razem z ciocią Mateusza ukradł nam pierwszy taniec, ale potem w ramach rekompensaty specjalnie dla nas zadedykował „Bo do tanga trzeba dwojga”.                              Mój brat spontanicznie wcielił się w rolę wodzireja. Były oczywiście krzesełka, rozpoznawanie po stopie i zbieranie na wózek (fajnie się jeździło na segwayach podczas podróży poślubnej, ale teraz by się te pieniądze przydały…).

Na drugi dzień urządziliśmy grilla dla przyjaciół w stodole ośrodka letniskowego. Sami przygotowaliśmy ozdoby, bukiety wzięliśmy z poprzedniego dnia, a nasze mamy razem z pomocnikami przygotowały szaszłyki i sałatki w miskach wielkości wanienek do kąpania noworodków. Tu w zabawach było już trochę trudniej o dyscyplinę uczestników. Chyba wpływ na to miał fakt, że nasi goście byli bardziej spragnieni niż głodni. Gaszenie pragnienia bywa dość męczące, więc umiejętność układania w pozycji bocznej ustalonej jest podczas takich imprez niezbędna.

Wracając do głównego tematu, myślę, że jeżeli naprawdę chcecie być razem to pieniądze (tzn. ich brak) nie mogą być przeszkodą. W sumie dzięki niedoborom finansowym skupiamy się bardziej na istocie tego wydarzenia – sakrament, którego sobie udzielamy jest przecież bezcenny! Cała reszta to przyjemny, cudowny, ale tylko – dodatek.

Dzięki naszym bliskim udało zorganizować piękną, skromną uroczystość. Wierzę w to, że Wy też macie wokół siebie osoby, które widząc Waszą miłość z chęcią pomogą Wam w przygotowaniu Waszego święta. W końcu miłość jak się dzieli to się mnoży… czy jakoś tak 🙂

A jeżeli właśnie dostaliście zaproszenie na ślub od bardzo młodej pary poniżej prezent idealny:

Boskie Matki

Na warszawskiej Woli, z okazji Dnia Boskich Matek, powstał kilka miesięcy temu mural. Przedstawia kobietę w ciąży chorą na raka. Jest promocją fundacji Rak’n’Roll, a właściwie jej programu – Boskie Matki – skierowanego do kobiet w takiej właśnie sytuacji.

Obecnie jedna na tysiąc kobiet ciężarnych w Polsce choruje na nowotwór złośliwy. Niestety wciąż jeszcze istnieją lekarze, którzy w takiej sytuacji sugerują usunięcie ciąży. Robią to bez najmniejszego sensu, bo po pierwsze aborcja nie wpływa na poprawę zdrowia matki, a po drugie będąc w ciąży można dalej się leczyć i urodzić zdrowe dziecko! Trzeba tylko dobrać odpowiedni sposób terapii.

Tutaj z pomocą przychodzi program Boskie Matki. Kobiety zgłaszające się do niego mogą liczyć na opiekę onkologa, ginekologa, położnej, psychologa, dietetyka, fizjoterapeuty a nawet stylistki i wizażystki! 🙂 Pomoc jest bezpłatna, wystarczy wysłać formularz zgłoszeniowy.

Program powstał dzięki założycielce fundacji – Magdzie Prokopowicz, która sama będąc w ciąży i chorując na raka musiała walczyć o swoje dziecko, ponieważ wszyscy lekarze do których się zgłaszała mówili, że konieczna jest aborcja lub przerwanie terapii. Ostatecznie znalazła lekarza, który jej pomógł. Urodziła zdrowego synka i powtarzała „Z rakiem można żyć i dawać życie”.

Więcej informacji o programie znajdziecie tutaj:

Co trzeba zrobić dla bliźniego? – Więcej!

By Fondation Jérôme Lejeune – Fondation Jérôme Lejeune, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=18007226

Pediatra, genetyk, odkrywca przyczyny zespołu Downa. Wspaniały mąż i ojciec. Zagorzały obrońca życia i przyjaciel Jana Pawła II. Poznajcie pierwszego bohatera cyklu #ludzierodziny – Jérôme Lejeune (1926-1994).

W swojej pracy jako pediatra doktor Lejeune zajmował się głównie dziećmi z zespołem Downa. Był bardzo przywiązany do swoich pacjentów. Troszczył się o nich i nie mógł znieść tego jak byli odtrącani i wytykani palcami na ulicy. Działo się tak, bo przez długi czas uważano, że zespół Downa u dziecka wywoływany jest przez syfilis i niemoralne prowadzenie się matki…

Lejeune interesował się również genetyką. To właśnie on odkrył, że przyczyną występowania zespołu Downa jest trisomia 21. chromosomu. Od tej pory zaczął intensywnie poszukiwać metod terapii. Jego odkrycie niestety przyczyniło się też do aborcji eugenicznej dzieci z tym zespołem, ponieważ dało możiwość rozpoznania go w okresie prenatalnym.

Obrońca życia

Sam doktor był jednak zagorzałym obrońcą życia. Kierował się w życiu słowami Ewangelii “Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili“.

Dzięki swojemu przełomowemu odkryciu był w środowisku naukowym uznawany za pewnego kandydata do Nagrody Nobla. Niestety wszystko się zmieniło po jednej z konferencji pod patronatem ONZ, w trakcie której nawiązała się dyskusja o aborcji. Lejeune jako jedyny zdecydowanie opowiedział się za życiem dzieci nienarodzonych podsumowując, że oto “instytut zdrowia przekształca się w instytut śmierci“. Jego wystąpienie wywołało falę krytyki.  Napisał wtedy do żony “Wiesz, dziś po południu straciłem swojego Nobla“. Od tego momentu zaczął być szykanowany i ośmieszany w środowisku medycznym. Wyniki jego badań ignorowano lub negowano i nie cytowano jego prac.

Kobietki w ciąży, łykacie kwas foliowy? To właśnie doktor Lejeune jako pierwszy wykazał jak ważna dla rozwoju dziecka jest jego suplementacja. Wyniki tamtych badań zostały wtedy wyśmiane.

Jan Paweł II, z którym Lejeune się przyjaźnił, nazywał go znakiem sprzeciwuapostołem Ewangelii Życia. Doktor na krótko przed śmiercią został przez papieża nominowany przewodniczącym Papieskiej Akademii Życia. Angażował się również w działanie stowarzyszenia pomocy przyszłym matkom, u których dzieci wykryto prenatalnie trisomię 21. chromosomu. Wiedział, że nie można pozostawiać ich sobie samym, a zrobić wszystko by chciały urodzić i otrzymały potrzebne wsparcie.

Rodzina jest najważniejsza

Mimo zapracowania, Lejeune zawsze znajdywał czas dla żony i piątki dzieci. Znał wagę wspólnych posiłków i gdy jego współpracownicy jedli służbowy lunch, on zawsze przyjeżdżał na obiad do rodziny. Nigdy nie mówił swoim dzieciom, że jest zbyt zajęty, by się nimi zająć. Potrafił odrywać się od swojej pracy, tylko po to, by np. naprawić im zepsutą zabawkę. Pilnował też wspólnej codziennej modlitwy. W domu profesora było zawsze wielu gości. Znajomi jego dzieci przychodzili, żeby go posłuchać i poobserwować piękno życia rodzinnego, którego często brakowało w ich własnych domach.

Święty?

Doktor Lejeune powtarzał często za św. Wincentym “Co trzeba zrobić dla bliźniego? – Więcej!“. Według mnie był pięknym przykładem męża, ojca, lekarza z powołaniem i po prostu człowieka kochającego ludzi nie bojącego się stawać w obronie najsłabszych. Mimo, że przez swoją postawę bardzo wiele stracił, to zyskał chyba jednak jeszcze więcej, bo w 2007 rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny 🙂

 

By Denis-Soto – Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27185588

PS:

Przez wiele lat utrwalano mit, że zespół Downa jest całkowicie nieuleczalny.Paryska Fundacja Jérôme’a Lejeune’a kontynuuje jego dzieło. Finansuje badania kilkudziesięciu zespołów na całym świecie szukających sposobu wyleczenia trisomii 21. chromosomu. I widać już pierwsze rezultaty! U niektórych pacjentów można zaobserwować poprawę w zachowaniu i zdolnościach pamięciowych. Więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ 😉

Historia jednego obrazka

Pamiętacie ten obrazek? Wspominałam o nim TUTAJ – to prezent, który dostałam od Pani Leny, darczyńcy ze Szlachetnej Paczki. Wiąże się z nim pewna historia. Kilka dni zanim odwiedziłyśmy pana Andrzeja na jego warsztatach dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Nikomu z mężem nie zdążyliśmy jeszcze o tym powiedzieć. Kiedy pan Andrzej zaczął nam pokazywać obrazki zrobione przez uczestników grupy ten wyjątkowo mnie urzekł. Pani Lena to zauważyła i kupiła go dla mnie. Kiedy wracałyśmy powiedziałam jej dlaczego tak mi się spodobał i to ona była pierwszą osobą, która dowiedziała się, że będziemy mieli dziecko 🙂

W święta powiedzieliśmy całej rodzinie. Niby mówią, żeby poczekać 3 miesiące, ale jak mogliśmy to trzymać w tajemnicy? Nasze pierwsze wspólne rodzinne święta to przecież idealny moment. A gdybyście zobaczyli radochę naszych rodziców!

Minął miesiąc i szykowałam się na planowe USG. Przeczytałam w Internecie, że już wtedy powinnam usłyszeć bicie serca naszego maleństwa. Mąż musiał zostać dłużej w pracy, więc poszłam na badanie sama. Niestety zamiast pięknego obrazka na ekranie zobaczyłam tylko poważną minę pani doktor i zakłopotaną twarz asystentki. Zamiast bicia serca – zdawkowe uwagi i skierowanie na dodatkowe badania. Nie wiem jak udało mi się wtedy dojechać do domu, przez łzy właściwie nie widziałam drogi. Ale ciągle powtarzałam sobie: spokojnie, nic jeszcze nie wiadomo, dajmy mu czas. Za kilka dni kolejna wizyta i kolejna okropna wiadomość: jeżeli nie zacznie się w trakcie tygodnia, proszę zgłosić się do szpitala. Jednak wciąż w głowie: nie, to przecież niemożliwe, na pewno się pomylili, wszystko będzie dobrze.

Zaczęło się po trzech dniach. W nocy już nie mogłam wytrzymać z bólu. Więc szpital. Mąż nie wchodzi. Podamy przeciwbólowy. Proszę za firankę. Badanie. Poronienie samoistne. Przekazywane tonem jakby chodziło o uszkodzony nadgarstek. Przyjęcie na oddział. Sala dwuosobowa z 90-letnią staruszką. 90 lat! A moje dziecko nie miało nawet sekundy na tym świecie!  Trzy dni w szpitalu. Codzienne badania. codziennie inni lekarze i studenci w pokoju. Czy zgadza się pani na to, czy zgadza się pani na tamto? Śniadanie. Obiad. Herbatę słodzi pani? Podamy leki. Zrobimy zastrzyk. A w głowie tylko „Ludzie, ja straciłam dziecko! Mam to wszystko w du**e! Zostawcie mnie w spokoju i przestańcie się na mnie gapić!”.

Teraz trzeba wszystkim powiedzieć. Zadzwonić. Albo nie, lepiej napisać, żeby się nie rozpłakać. I żeby nie słuchać tej ciszy po drugiej stronie. W końcu i tak robi się cicho. Telefon przestaje dzwonić. Messanger przestaje brzęczeć. No bo też co mają mówić? Że jeszcze „jesteśmy młodzi i będziemy mieć kolejne dziecko”? Tak, będziemy, ale to było jedno jedyne i wyjątkowe! Że „Bóg tak chciał”? Serio?? A może „nie martwcie się” albo „czas leczy rany”? To już może faktycznie lepiej nic nie mówić?

Mówić! Ta cisza jest najgorsza.

Jeżeli chcecie pomóc rodzicom po stracie nie silcie się na jakieś wyszukane hasła czy sentencje, ale nie unikajcie ich też z obawy, że powiecie coś niestosownego. Mówcie szczerze i wprost co czujecie: że jest Wam bardzo przykro z powodu tego co się stało, że nie macie pojęcia jak oni się czują ale chcecie pomóc, zapewnijcie o swojej obecności i modlitwie, dajcie znać, że mogą na Was liczyć nawet w najbardziej prozaicznych sprawach (zróbcie zakupy, obiad itp.). Czasami nawet słowa są niepotrzebne, wystarczy obecność. Taki sygnał „jestem z Tobą” bardzo dużo daje.

Ale przede wszystkim dajcie im prawo do przeżywania żałoby. Możecie uznawać, że zarodek, który jest tak mały, że prawie nie widać go na USG na to nie zasługuje, ale dla rodziców to ukochane dziecko i mają prawo je opłakiwać.

Przeszliśmy przez to wszystko razem i bardzo nas to umocniło. Wspieraliśmy się nawzajem. Choć Mateusz słyszał często: „musisz teraz być silny” to przecież miał takie samo prawo, żeby się załamać jak ja.  Nie obraziliśmy się na Boga. Miałam wręcz wrażenie, że wtedy był bliżej niż kiedykolwiek.

Poronienie to tak bolesne doświadczenie, że wiele kobiet zataja je i nie chce o nim mówić. Całkowicie to rozumiem. Ale ja myślę inaczej, bo wiecie co? Moje dziecko żyje. Nie zmieniło się w aniołka i nie ‘opóźniło swojego przyjścia na świat’, ale jest u swojego Najlepszego Taty i mam nadzieję, że kiedyś się tam spotkamy 🙂

Taka jest historia tego obrazka.

Hospicjum perinatalne – co, gdzie i dla kogo?

Hospicjum perinatalne to miejsce, do którego mogą zgłosić się rodzice, gdy dowiedzą się o wadzie letalnej nienarodzonego dziecka. Ma ono na celu opiekę medyczną, wsparcie psychologiczne, duchowe i socjalne, opiekę nad noworodkiem i pomoc w załatwianiu wszelkich formalności.

Wada letalna, czyli śmiertelna – skutkuje śmiercią dziecka przed lub krótko po narodzeniu. Do takich wad zaliczamy m.in. zespół Patau, zespół Edwardsa lub zespoły wad wrodzonych. Rodzice zazwyczaj słyszą diagnozę, a krótko po niej informację, że w takim wypadku mogą przerwać ciążę i najlepiej, żeby podjęli decyzję szybko. Są zrozpaczeni, rozbici i nie wiedzą jak postąpić. Niestety wciąż niewielu ginekologów przekazuje wiadomość o tym, że istnieje inne wyjście.

Diagnoza, i co dalej?

Usłyszenie takiej diagnozy jest jednym z najtragiczniejszych ludzkich doświadczeń. Rodzice przeżywają szok, załamanie, poczucie winy i niejako żałobę po zdrowym dziecku. Burzą się ich wszystkie plany i marzenia. W tak silnych emocjach są zmuszeni podjąć decyzję, która tak czy inaczej będzie miała negatywne skutki – aborcja lub przeżycie przedwczesnej śmierci własnego dziecka. Przez stres, presję czasu i poczucie osamotnienia mogą niestety postąpić wbrew własnemu sumieniu. Rodzice potrzebują w takim momencie przede wszystkim wsparcia psychicznego i uzyskania rzetelnych informacji na temat stanu zdrowia dziecka oraz wszystkich możliwych rozwiązań.

Prawdziwa pomoc

Taką pomoc daje właśnie hospicjum perinatalne. Obejmuje ono opieką całą rodzinę. Rodzice mogą liczyć na konsultacje m.in. z psychologiem, ginekologiem, genetykiem i pediatrą. Jeżeli decydują się na kontynuowanie ciąży, hospicjum daje im możliwość przygotowania się do spotkania z dzieckiem i jego pożegnania oraz pomoc w przeżywaniu żałoby, ewentualnie kontynuowanie opieki nad dzieckiem w hospicjum domowym. Co najważniejsze – nie ocenia i nie potępia rodziców cokolwiek postanowią, ale docenia każde życie.

Hospicjum perinatalne zajmuje się też dzieckiem po narodzeniu. Dba o to by nie czuło bólu oraz by nie było poddawane uporczywej terapii. Pomaga jak najlepiej zapamiętać wspólne chwile. Pracownicy hospicjum przygotowują na tę okoliczność personel medyczny szpitala,  w którym dziecko ma przyjść na świat. Rodzice spisują z pomocą położnej plan porodu,  w którym zaznaczają, że zdają sobie sprawę z niekorzystnej diagnozy, proszą o zapewnienie komfortu, intymności i wstrzymanie się od niepotrzebnych interwencji medycznych. Proszą też np. o wykonanie pamiątkowego odcisku stópki i o mozliwość ochrzczenia dziecka na sali porodowej.

Podaj dalej!

W Polsce istnieje kilkanaście takich miejsc m.in. w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu,  Katowicach, Gdańsku, Lublinie, Białymstoku (Olsztyn, czekamy! 🙂 ). Hospicja perinatalne wciąż nie są w żaden sposób finansowane przez państwo. Działają głównie na zasadzie fundacji, a ich opieka jest dla rodziców bezpłatna. Nie potrzeba również żadnego skierowania aby otrzymać pomoc.

Na koniec mini sonda – kto słyszał, kto nie słyszał? Mam ciągle wrażenie, że za mało się o temacie mówi, a to według mnie bardzo bardzo ważne!

TUTAJ jedna z historii rodzin objętych opieką Hospicjum Razem – Uli, która żyła 26 godzin.

Co nauki o rodzinie mają wspólnego z matematyką?

Słyszeliście o teorii gier? Ta dziedzina matematyki zasłynęła szerzej dzięki filmowi “Piękny umysł”, przedstawiającemu życie amerykańskiego matematyka Johna Nasha.  Ma bardzo szerokie zastosowanie, również w naukach o rodzinie…

Zadaniem teorii gier jest szukanie optymalnych rozwiązań w sytuacji konfliktu interesów. Taki konflikt nazywany jest grą, a jego uczestnicy graczami. Każdy z nich wybiera pewną strategię postępowania, aby otrzymać jak najwyższą wypłatę.

A teraz przykładzik 🙂

Jest piątek wieczór i siedzimy z mężem w domu. W sobotę przyjeżdżają Teściowe, a standardowo wszędzie mamy bałagan. Teoretycznie powinniśmy posprzątać, ale zamiast tego wolimy obejrzeć film. Ostatecznie możemy przecież zabrać Mamusie na kawę, albo na zwiedzanie Zamku Królewskiego. Coś sie wymyśli. Problem polega na tym, że ja chcę oglądać “Listy do M.”, a Mateusz “Szybkich i wściekłych” 🙁 Ponieważ nie jesteśmy w stanie się dogadać wybieramy jedyną, świętą, nieomylną metodę podejmowania decyzji: gramy w kamień-papier-nożyce.

W naszej grze każde z nas ma do wyboru jedną z trzech strategii: kamień, papier lub nożyce. Ten, kto wygra wybiera film, a w przypadku remisu nie oglądamy nic i sprzątamy mieszkanie, czyli poniekąd oboje przegrywamy. Macierz wypłat wygląda w tej sytuacji następująco (jest to wersja na potrzeby bloga, prawidłowa nie przeszła testu męża-recenzenta, który dostał na jej widok ataku kaszlu… alergia na matematykę 🙂 ):

Dobra, podstawy już znacie 🙂 A teraz jak to się ma do nauk o rodzinie?

Z teorii gier, a także ogólnej teorii systemów i teorii informacji korzysta strategiczna terapia rodzin  jeden z odłamów terapii systemowej. Terapeuci nie rysują oczywiście macierzy wypłat, ale korzystają z pewnych pojęć i założeń wymienionych teorii.

Członkowie rodziny są tutaj graczami próbującymi zaspokoić swoje indywidualne potrzeby i cele. Próby te prowadzą oczywiście do konfiktów. Wszyscy członkowie rodziny rozwijają więc strategie by wygrać jak najwięcej lub jak najmniej przegrać. Gra ta jest jednak nieuświadomiona i zależy od systemu norm wewnątrz rodziny.

W podejściu strategicznym uznajemy, że w każdej rodzinie istnieją pewne powtarzające się sekwencje zachowań. Można je nazwać “grami rodzinnymi” lub “tańcem rodzinnym“- członkowie przyjmują w nich stałe określone role i zachowania (np. rola kozła ofiarnego, czarnej owcy, szefa). Istniejący problem jest często przez te schematy podtrzymywany. Zadaniem terapeuty jest pomoc w zmianie lub wyeliminowaniu błędnego wzorca, przerwanie rodzinnej gry i uzdrowienie systemu rodzinnego.

Terapia strategiczna koncentruje się na rozwiązaniach mając za zadanie szybką i skuteczną interwencję. Terapeuta instruuje rodzinę co do tego jak ma zachowywać się w trakcie sesji i poza nią tak by zmienić utarte wzorce rodzinnych interakcji. Określa strategię postępowania, by znaleźć optymalne rozwiązanie, a kiedy nie jest ona skuteczna, formułuje nową.

To tak baaardzo po krótce 🙂 Chciałabym od czasu do czasu dodawać też takie wpisy, będziecie czytać? 😉

 

Napisane na podstawie “Wstępu do terapii systemowej rodzin” B. de Barbaro, “Psychologii rodziny” I. Janickiej i H. Liberskiej, internetów i tego co zapamiętałam z poprzednich studiów 🙂

Życie w dwupaku

Zostało nieco ponad dwa tygodnie do planowego spotkania twarzą w twarz z Urszulą. Niesamowite jak ten czas szybko zleciał. W 9 miesiącu naprawdę ma się wrażenie, że w ciąży jest się od zawsze i że brzuch już nigdy nie zniknie.

Ciąża to niezwykły stan, który ciężko zrozumieć jeśli samemu się go nie przeżyje. Nosisz pod sercem tego malucha i kochasz za wszystko. Za to, że chłopiec. Za to, że dziewczynka. Że już ma 2 centymetry. Że już waży prawie kilogram. Że czujesz jego ruchy. Że uspokoił się i daje Ci w końcu zasnąć. Że po prostu jest i jest najlepszy na świecie!

ZAKAZANE PYTANIA
Przez te parę miesięcy musiałam przyzwyczaić się do słuchania pytań: CO będzie? A ile wy właściwie macie lat? Przytyłaś. W ogóle nie przytyłaś. Ile przytyłaś? O, chyba dużo zjadłaś! Kopie? Mocno kopie? Kopie teraz? Mogę dotknąć? Kiedy pękniesz/wybuchniesz/rozsypiesz się? Boisz się porodu? I mój absolutny faworyt „Po twarzy widać, że dziewczynka” (dla niewtajemniczonych, mówi się, że w ciąży z dziewczynką wygląda się gorzej, bo córka kradnie mamie urodę).

Większość z tych zwrotów figuruje na internetowych listach typu „10 pytań za które kobieta w ciąży Cię pokąsa”, ale to przecież całkiem zabawne i nie ma się o co obrażać. Słyszymy przecież znacznie więcej słów pełnych troski: Jak się czujesz? Jak się czujecie? Mogę Ci jakoś pomóc? Nie dźwigaj, ja to wezmę! Zjedz coś. Odpocznij. Będę ciocią! Mogę się nią czasami zaopiekować? I tu również mój ulubieniec: „Czy Ula pytała się o dziadka?” zadawane co najmniej raz w tygodniu przez mojego kochanego tatę 🙂

TE NIESZCZĘSNE AUTOBUSY
O życzliwości wobec kobiet w ciąży powstała już masa artykułów i kampanii społecznych. Wciąż jednak mogą spotkać się z niezrozumieniem czy niechęcią kiedy proszą np. o ustąpienie miejsca w autobusie czy przepuszczenie w kolejce. Bo przecież ciąża to nie choroba. Wiele osób nie rozumie, że 1. Tak jak kanapka spada zawsze masłem do dołu, tak kiedy kierowca gwałtownie zahamuje kobieta w ciąży poleci na brzuch 2. Serce ciężarnej jest dużo bardziej obciążone niż normalnie i podczas długiego stania w kolejce robi jej się po prostu słabo.

Fundacja Jestem w drodze przygotowała przypinkę dla kobiet w ciąży, którą można bezpłatnie zamówić TUTAJ . Jest to pomocne zwłaszcza w pierwszych miesiącach, kiedy brzuszek jest jeszcze niewielki i pasażerowie wahają się czy ustąpić miejsca czy nie, żeby przypadkiem kogoś nie urazić. Bo może tylko panią wzdęło i lepiej zaoferować Ulgix.
Tak czy inaczej, jeżeli ktoś usilnie wpatruje się w okno, śpi, medytuje lub walczy na śmierć i życie o kolejny level w diamencikach, nie zauważy ani brzucha ani znaczka. Mam więc do Was ogromną prośbę – rozglądajcie się wokół siebie 🙂 Kobiety w ciąży często wstydzą się poprosić o ustąpienie miejsca, mimo, że bardzo tego potrzebują.

CIĄŻA NIE CIĄŻY
Dzięki Bogu, znoszę ciążę bardzo dobrze. To nic, że dostaję zadyszki wchodząc na pierwsze piętro, albo łapię się na tym, że od 15 minut patrzę się w ścianę. Albo, że w sumie bym posprzątała, ale przecież mogę poleżeć. A skoro biegam co 20 minut do toalety to chyba gimnastykę mam już zaliczoną?
Kiedyś jeszcze mówiło się: „Jedz za dwoje, dogadzaj sobie, w ciąży możesz”, teraz „nie za dwoje a dla dwojga, brokuły, nasiona chia, ćwicz, bądź fit mamuśką”. Mądre to, faktycznie, ale wiecie, ja zawsze byłam tradycjonalistką 🙂 Mojego męża nie dziwią więc smsy typu: „Kochanie, zostawiłam Ci pół czekolady, ale je zjadłam 🙁 ”

To jak wiele osób reaguje na kobietę z brzuszkiem jest cudowne. Ostatnio na przykład jechaliśmy autobusem i wszedł kanar. Oczywiście pierwszy raz od kiedy jeżdżę na tej trasie i oczywiście zorientowałam się, że nie mam przy sobie biletu. Mówię do niego „nie wzięłam biletu, musi mi Pan wpisać mandat”. A on patrzy na mnie, na brzuch, na mnie, na brzuch, nic nie mówi i wychodzi… Jechaliśmy właśnie na mszę, więc poszło w Pana intencji <3

Trochę mi smutno, że już niedługo opychanie się czekoladą, wzruszanie na żenujących zakończeniach żenujących komedii romantycznych i płakanie bez powodu usprawiedliwione będzie tylko raz w miesiącu, ale zaczynam właśnie największą przygodę w życiu! Pierwszy uśmiech, pierwsze słowo, pierwsze kroki, pierwsze „JA SAMA!”. Nie mogę się doczekać. Dwa tygodnie. Jestem tak bardzo gotowa i tak bardzo nieprzygotowana!

Kończę, czekolada sama się nie kupi.

#LubięLudzi – wielkie otwarcie!

18 listopada na stronie Szlachetnej Paczki została otwarta baza rodzin w potrzebie. Ja tym wpisem otwieram bloga i zrobiło się symbolicznie i sentymentalnie 🙂

Trzy lata temu, właśnie dzięki Szlachetnej Paczce zrozumiałam, że to co naprawdę chcę robić to niestety nie matematyka, a pomoc i praca z rodzinami. Paczka dała mi ten słynny impuls do zmiany, o którym tyle nam mówią na szkoleniach. Teraz nie wyobrażam sobie jesieni bez odwiedzin u naszych rodzin. W tym roku, co prawda, mój udział jest nieco ograniczony, w końcu finałowy weekend mam zamiar spędzić na porodówce 🙂

Tegoroczna kampania przebiega pod hasłem Lubię Ludzi. Chcę przedstawić Wam kilka osób, które poznałam w poprzedniej edycji. Myślę, że ich polubicie!

JANUSZ
Pan Janusz okazał się być moim sąsiadem. Mieszkający z teściową chorą na Alzheimera, sam mający duże problemy zdrowotne i kłopoty z poruszaniem się. Spał na dziurawym tapczanie, z którego wychodziły sprężyny, przez nieszczelne okna wiatr poruszał firankami, a gdyby nie pomoc proboszcza naszej parafii nie starczałoby mu na potrzebne lekarstwa.  Słuchając opowieści o kolejnych, piętrzących się chorobach zaczęłam rozglądać się po pokoju. Patrzę na barek a tam… Steven Seagal 🙂 A to nie koniec. W kolejnych ramkach byli też uwiecznieni m.in. Marek Kondrat i Zbigniew Zapasiewicz (ten od Piłsudskiego 🙂 ), a obok nich młody i przystojny pan Janusz. Okazało się, że jeszcze jakiś czas temu, wielką jego pasją było statystowanie w filmach, serialach i reklamach. Mimo, że ze względu na swoją obecną sytuację pan Janusz jest dość pesymistycznie nastawiony do życia, gdy tylko ktoś zaczyna ten temat od razu się ożywia i sypie anegdotami z planu.
Paczka przygotowana przez darczyńców była naprawdę solidna, zawierała między innymi nową kanapę. Prezent właściwie odebrał mu mowę i w sumie wyglądał na lekko przerażonego 🙂 Nasza rozmowa podczas finału wygądała mniej więcej tak: “Jak się podoba paczka? – O Jezu! – Duży zapas jedzenia, prawda? – O Jezu! – A jak się śpi na nowej kanapie? – O Jezu!!!”. Nadal utrzymujemy kontakt składając sobie świąteczne życzenia czy prosząc nawzajem o drobne przysługi.

ANDRZEJ
Pan Andrzej mieszka samotnie w jednej z warszawskich kamienic. Nie ma kuchni, a łazienka jest wspólna dla dziesięciu mieszkań na korytarzu. Codziennie na klatce schodowej nocuje kilku bezdomnych. Pan Andrzej nie może podjąć pracy ze względu na chorobę afektywną dwubiegunową. Jak sam tłumaczy, jednego dnia czuje, że może wszystko, a następnego, przez silny lęk lub załamanie, nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Do tego wszystkiego, ze względu na chorobę kręgosłupa oraz przebyty w młodości wypadek, nie jest też w pełni sprawny fizycznie. W trakcie rozmowy dowiedzieliśmy się, że pan Andrzej ma talent do rysowania i dwa razy w tygodniu udziela się na zajęciach plastycznych w grupie terapeutycznej. Pracował kiedyś przy tworzeniu grafiki użytkowej – reklam, plakatów, banerów. Teraz zaś marzy o nauczeniu się grafiki komputerowej. Lista jego potrzeb znacznie odbiegała od tych, które zazwyczaj pojawiają się w opisach.  Stwierdził na przykład, że jedzenia nie potrzebuje, bo dostaje talony na obiady i to mu w zupeności wystarcza… Cala lista zawierała buty na zimę, papier, ołówki i laptop, żeby mógł samodzielnie uczyć się grafiki.

LENA
Pani Lena zajmuje wysokie stanowisko w dużej korporacji. To właśnie dzięki niej udało się zrealizować marzenie pana Andrzeja o laptopie, co nie było wcale takie proste. Najchętniej wybierane są bowiem rodziny z małymi dziećmi lub ludzie starsi i miała spory problem, by przekonać znajomych do współtworzenia paczki. Pani Lenie bardzo zależało, żeby poznać pana Andrzeja, więc wybrałyśmy się razem na jego zajęcia. Wyszedł po nas w zabrudzonym fartuchu z uśmiechem od ucha do ucha. Weszłyśmy do sali wypełnionej świąteczną atmosferą i pięknymi ludźmi tworzącymi swoje małe dzieła sztuki. Pani Lena kupiła kilka z nich, jedno ofiarowując również mi – obrazek Maryi z Dzieciątkiem wciąż zajmuje honorowe miejsce w mojej sypialni 🙂 „Mogę Pana uściskać?” – spytała na koniec wyraźnie wzruszona. Sprawiała wrażenie, jakby była nie darczyńcą a obdarowanym.

I właśnie chyba to najbardziej ujmuje mnie w Szlachetnej Paczce. Tutaj wszyscy jesteśmy obdarowani – rodziny, wolontariusze i darczyńcy. Jesteśmy darem dla siebie nawzajem !

Jeżeli też chcecie dołączyć do grona obdarowanych zapraszam na stronę: https://www.szlachetnapaczka.pl/

(imiona bohaterów wpisu zostały zmienione)