CIĘŻKI TEMAT, MACIERZYŃSTWO, Z ŻYCIA WZIĘTE

Historia jednego obrazka

Pamiętacie ten obrazek? Wspominałam o nim TUTAJ – to prezent, który dostałam od Pani Leny, darczyńcy ze Szlachetnej Paczki. Wiąże się z nim pewna historia. Kilka dni zanim odwiedziłyśmy pana Andrzeja na jego warsztatach dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Nikomu z mężem nie zdążyliśmy jeszcze o tym powiedzieć. Kiedy pan Andrzej zaczął nam pokazywać obrazki zrobione przez uczestników grupy ten wyjątkowo mnie urzekł. Pani Lena to zauważyła i kupiła go dla mnie. Kiedy wracałyśmy powiedziałam jej dlaczego tak mi się spodobał i to ona była pierwszą osobą, która dowiedziała się, że będziemy mieli dziecko 🙂

W święta powiedzieliśmy całej rodzinie. Niby mówią, żeby poczekać 3 miesiące, ale jak mogliśmy to trzymać w tajemnicy? Nasze pierwsze wspólne rodzinne święta to przecież idealny moment. A gdybyście zobaczyli radochę naszych rodziców!

Minął miesiąc i szykowałam się na planowe USG. Przeczytałam w Internecie, że już wtedy powinnam usłyszeć bicie serca naszego maleństwa. Mąż musiał zostać dłużej w pracy, więc poszłam na badanie sama. Niestety zamiast pięknego obrazka na ekranie zobaczyłam tylko poważną minę pani doktor i zakłopotaną twarz asystentki. Zamiast bicia serca – zdawkowe uwagi i skierowanie na dodatkowe badania. Nie wiem jak udało mi się wtedy dojechać do domu, przez łzy właściwie nie widziałam drogi. Ale ciągle powtarzałam sobie: spokojnie, nic jeszcze nie wiadomo, dajmy mu czas. Za kilka dni kolejna wizyta i kolejna okropna wiadomość: jeżeli nie zacznie się w trakcie tygodnia, proszę zgłosić się do szpitala. Jednak wciąż w głowie: nie, to przecież niemożliwe, na pewno się pomylili, wszystko będzie dobrze.

Zaczęło się po trzech dniach. W nocy już nie mogłam wytrzymać z bólu. Więc szpital. Mąż nie wchodzi. Podamy przeciwbólowy. Proszę za firankę. Badanie. Poronienie samoistne. Przekazywane tonem jakby chodziło o uszkodzony nadgarstek. Przyjęcie na oddział. Sala dwuosobowa z 90-letnią staruszką. 90 lat! A moje dziecko nie miało nawet sekundy na tym świecie!  Trzy dni w szpitalu. Codzienne badania. codziennie inni lekarze i studenci w pokoju. Czy zgadza się pani na to, czy zgadza się pani na tamto? Śniadanie. Obiad. Herbatę słodzi pani? Podamy leki. Zrobimy zastrzyk. A w głowie tylko „Ludzie, ja straciłam dziecko! Mam to wszystko w du**e! Zostawcie mnie w spokoju i przestańcie się na mnie gapić!”.

Teraz trzeba wszystkim powiedzieć. Zadzwonić. Albo nie, lepiej napisać, żeby się nie rozpłakać. I żeby nie słuchać tej ciszy po drugiej stronie. W końcu i tak robi się cicho. Telefon przestaje dzwonić. Messanger przestaje brzęczeć. No bo też co mają mówić? Że jeszcze „jesteśmy młodzi i będziemy mieć kolejne dziecko”? Tak, będziemy, ale to było jedno jedyne i wyjątkowe! Że „Bóg tak chciał”? Serio?? A może „nie martwcie się” albo „czas leczy rany”? To już może faktycznie lepiej nic nie mówić?

Mówić! Ta cisza jest najgorsza.

Jeżeli chcecie pomóc rodzicom po stracie nie silcie się na jakieś wyszukane hasła czy sentencje, ale nie unikajcie ich też z obawy, że powiecie coś niestosownego. Mówcie szczerze i wprost co czujecie: że jest Wam bardzo przykro z powodu tego co się stało, że nie macie pojęcia jak oni się czują ale chcecie pomóc, zapewnijcie o swojej obecności i modlitwie, dajcie znać, że mogą na Was liczyć nawet w najbardziej prozaicznych sprawach (zróbcie zakupy, obiad itp.). Czasami nawet słowa są niepotrzebne, wystarczy obecność. Taki sygnał „jestem z Tobą” bardzo dużo daje.

Ale przede wszystkim dajcie im prawo do przeżywania żałoby. Możecie uznawać, że zarodek, który jest tak mały, że prawie nie widać go na USG na to nie zasługuje, ale dla rodziców to ukochane dziecko i mają prawo je opłakiwać.

Przeszliśmy przez to wszystko razem i bardzo nas to umocniło. Wspieraliśmy się nawzajem. Choć Mateusz słyszał często: „musisz teraz być silny” to przecież miał takie samo prawo, żeby się załamać jak ja.  Nie obraziliśmy się na Boga. Miałam wręcz wrażenie, że wtedy był bliżej niż kiedykolwiek.

Poronienie to tak bolesne doświadczenie, że wiele kobiet zataja je i nie chce o nim mówić. Całkowicie to rozumiem. Ale ja myślę inaczej, bo wiecie co? Moje dziecko żyje. Nie zmieniło się w aniołka i nie ‘opóźniło swojego przyjścia na świat’, ale jest u swojego Najlepszego Taty i mam nadzieję, że kiedyś się tam spotkamy 🙂

Taka jest historia tego obrazka.

Tagged , ,

1 thought on “Historia jednego obrazka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *