CIĘŻKI TEMAT

Kilka słów o książce Małgorzaty Rozenek

Autorka “In vitro. Rozmowy intymne” zapowiada merytoryczną dyskusję, chce obalić mity, rozwiać wątpliwości i pokazać, że znając fakty, każdy zostanie zwolennikiem tej procedury

Temat sztucznego zapłodnienia ostatnio dość mocno mnie interesuje, głównie pod kątem bioetycznym. Myślę jednak, że dobrze jest znać prawdziwe historie ludzi, żeby głoszone teorie nie były zbyt oderwane od rzeczywistości. Problem niepłodności jest poważny, bo dotyka w Polsce ok. 1,5 miliona par. Sama nie wiem i nigdy się nie dowiem, jak czują się osoby nie mogące mieć dziecka. Dlatego właśnie chciałam przeczytać tę książkę – żeby poznać i spróbować zrozumieć sytuację pacjentów i pracowników klinik in vitro. Niestety to, co przeczytałam, nie przekonało mnie, a raczej zasmuciło. 

Co o sztucznym zapłodnieniu może wiedzieć Perfekcyjna Pani Domu? Okazuje się, że całkiem sporo. Sama jest matką dwóch synów poczętych metodą in vitro. Książka to zapis jej rozmów z parami podejmującymi się zarówno udanych jak i nieudanych prób oraz specjalistami zaangażowanymi w działanie klinik leczenia niepłodności. Od początku jako oczywiste uznaje się tutaj, że sztuczne zapłodnienie jest jedyną skuteczną metodą leczenia niepłodności. Proponowana przez pewną część ginekologów naprotechnologia określana jest jako strata czasu i „bujda na resorach”, której skuteczność jest „marginalna”. O jej szczegóły nie jest niestety pytany naprotechnolog, a specjalista od in-vitro.

Lepsi i gorsi

Rozmawiający z autorką ginekolog przyznaje, że w metodzie in vitro podczas diagnostyki preimplantacyjnej wyróżnia się „klasy zarodków”, a więc podziału na lepsze i gorsze. Mówi, że w ich klinice nie niszczą „słabszych” zarodków, tylko zamrażają, więc one też mają szansę na implantację. Jeżeli jednak rodzice szybciej osiągną „pożądaną” liczbę dzieci, jakie są szanse, że wrócą po pozostałe, zwłaszcza wiedząc, że mogą urodzić się chore?

Z kolei udzielający wywiadu psychoterapeuta, zapytany czy żałoba po poronieniu to przypadkiem nie przesada (!), tłumaczy: „To nie jest kwestia tego, że kobieta przeżywa śmierć zarodka. Za każdym razem, gdy podawany jest nowy transfer in vitro, w niej na nowo rodzi się nadzieja”. Zarodek nie jest więc traktowany jak człowiek, tylko twór, który kiedyś być może stanie się człowiekiem.

M. Górna ze Stowarzyszenia Nasz Bocian mówi bez ogródek: „Tam nie ma zamrożonych dzidziusiów. Dzieci nie da się zamrozić. Tam są blastocysty będące na tym etapie rozwoju po prostu zbiorem niewyspecjalizowanych jeszcze komórek”. I dodaje: „to pacjenci powinni móc decydować, co się z tymi zarodkami stanie; czy je odbiorą, wykorzystają, przekażą nauce czy zniszczą”. 

Kościół zmieni nauczanie?

Do klinik przychodzą także osoby wierzące, które o rozstrzygnięcie dylematów moralnych proszą pracujących tam lekarzy i położne. W odpowiedzi słyszą często, że Ci są także wierzący i nie widzą w tej metodzie nic złego, bo pragnienie jest przecież dobre. Personel klinik zapewnia wręcz, że wiara w Boga i in vitro nie muszą się wykluczać. Jedna z rozmówczyń: „In vitro to nie odbieranie, lecz tworzenie życia. Bez tej pomocy nie mamy chyba żadnej szansy na ciążę, a więc żadne życie nie powstanie. Może nie zginą po drodze zarodki, ale też nie powstanie człowiek, a to chyba ważniejsze”.  

Książka zawiera rozmowę z ojcem Gużyńskim. Mam wrażenie, że pani Rozenek przez cały czas próbuje udowodnić, że ksiądz musi mówić, że in vitro jest złe, bo każe mu Kościół, a sam osobiście na pewno je popiera. Stwierdza też, że „Kościół zawsze potępiał naukę”. Argumentacji dominikanina chyba nie przyjmuje do wiadomości, mimo, że mówi on bardzo jasno: „nie możemy dysponować cudzym życiem, aby inne mogło zaistnieć”. 

Inni rozmówcy często podkreślają, że Kościół powinien zmienić naukę o in vitro i że pewnie wkrótce się tak się stanie dzięki papieżowi Franciszkowi. Nie znają więc chyba wypowiedzi papieża w tym temacie, który wprost nazwał in vitro „produkcją ludzi”, a do lekarzy katolickich mówił: „Dziś dominuje myślenie i logika fałszywego współczucia: rzekomo pomaga się kobietom w trudnej sytuacji i dokonuje aborcji, czy też proponuje się godne zakończenie życia na drodze eutanazji, czy też dokonuje się naukowego zamachu na życie, produkując dzieci w laboratorium. Dziecko traktuje się jako należność, a nie dar. Używa się też jednych istnień ludzkich, by ocalić rzekomo inne”. Więcej przeczytacie TUTAJ

Na drugą nóżkę

Jako “dodatek do lektury” czytam teraz książkę “Wobec in vitro”, opracowaną przez zespół ginekologów, genetyków i bioetyków z “drugiej strony barykady” 😉 Być może niedługo podzielę się z Wami tym, co w tej procedurze budzi największe wątpliwości.

Temat trudny. Najłatwiej byłoby przemilczeć, żeby nikomu się nie narazić. Tylko, że według mnie szacunek do człowieka polega na prawdziwej trosce o niego, a nie stwierdzeniu “rób co chcesz, nie obchodzi mnie to”. Więc może jednak warto o tym rozmawiać? Co myślicie?

Tagged

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *